Dzisiaj rano szef wezwał mnie do siebie i kazał mi zrobić inwentaryzację sprzętu. Zaraz potem, miałem dokładnie sprawdzić, jakie programy są zainstalowane na naszych komputerach, i czy mamy na nie wszystkie licencje. Jak by tego było mało, na koniec dodał, że teraz będziemy tak robić 2 razy w miesiącu, na wypadek kontroli. Już prawie wychodziłem, kiedy przypomniał sobie o nielegalnych mp3 i filmach, które też mają zniknąć z wszystkich maszyn.
To tylko 30 komputerów - pomyślałem, – co by było gdybym miał pod opieką 100 albo 1000. Ta myśl od razu dodała mi otuchy i zabrałem się do roboty. Przy trzecim komputerze miałem już dość, męczyłem się już od kilku godzin, a wizja kolegi po fachu pełznącego ostatkiem sił do 99-tego stanowiska stała się tak abstrakcyjna, że przestała dodawać otuchy.
Na myśl o kolejnych 27 komputerach tak rozbolała mnie głowa, że musiałem zrobić sobie przerwę. Wyjąłem z szuflady ostatni numer „NetWorld” i oddałem się relaksującej lekturze. Na stronie, którą otworzyłem była jakaś reklama cukierków czy tabletek „statlook” dla informatyków, – czego ci ludzie nie wymyślą, pomyślałem uśmiechając się błogo…
…po 30 sekundach z letargu wyrwała mnie pani Zosia, która znowu niechcący zainstalowała jakiś program z Internetu i wydzwaniała, żebym przyszedł, bo jej komputer nie działa. Zaczęłaby kobieta uczciwie pracować, zamiast włóczyć się po różnych plotkarskich portalach. Nie musiałbym, co dwa dni czegoś jej usuwać!
Idąc do pani Zosi musiałem niestety przejść dwa razy koło pana Grzegorza, który nigdy nie odpuścił sobie jeszcze możliwości zadania mi dziesięciu „profesjonalnych”, nikomu-do-szczęścia-nie-potrzebnych pytań. Umęczony, wróciłem do siebie i postanowiłem się jednak chwilę odprężyć.
Zdążyłem przeczytać tylko nagłówek… szef zadzwonił, żeby przypomnieć mi o naszych trzech komputerach w biurze na drugim końcu miasta – faktycznie zupełnie o nich zapomniałem. Całkowicie załamany wlepiałem tępo wzrok w reklamę tabletek… audyt… inwentaryzacja… monitoring… znaczenie wyrazów na pomarańczowym pudełku z reklamy zaczęło powoli docierać do mojej świadomości.
Po 5 minutach byłem nowo upieczonym posiadaczem wersji demonstracyjnej programu statlook. Po szybkiej instalacji, wystarczyło mi 15 minut, żeby wiedzieć, że tego właśnie potrzebuję. Szefa przekonałem po kolejnych 10 minutach pokazując mu możliwość sprawdzania aktywności pracowników, których od dawna podejrzewał o Internetowe lenistwo. Perspektywa zwrotu kosztów inwestycji po tygodniu, a potem generowania zysków była nie do pogardzenia.
Inwentaryzacja zrobiła się sama, zlecone przez szefa audyty robię jak często zechcę, a pani Zosi zablokowałem wszystkie strony z plotkami. Czasem coś kobiecina jeszcze przywlecze, ale jest statlook, więc usuwam to zdalnie, siedząc we własnym pokoju. Nie muszę też widywać tak często pana Grzegorza, a mój szczęśliwy szef dał mi sporą podwyżkę!


